Galeria Panoramy 360 WK Panoramy 360 Patronat Patronat

ŻNINIANIE I NIE TYLKO

Prezentujemy Państwu leksykon żninian oraz osób, których losy splotły się ze Żninem lub wpłynęły one na historię Żnina.

D

Wanda Dobaczewska (1892-1980)

Wanda Dobaczewska urodziła się 24 sierpnia 1892 roku w Twerze. Była pisarką, poetką, publicystką, autorką sztuk teatralnych dla dzieci. Autorka m.in.:
- "Złotej Studzienki"
- "Człowieka, którego nazwano Diabłem"
- "Społeczeństwa nie z tej ziemi"

W 1951 zamieszkała w Żninie i do końca życia napisała wiele powieści tematycznie związanych z Pałukami. Zmarła 23 listopada 1980 roku.

Wanda Helena Dobaczewska pochodziła ze znanej w Wilnie rodziny Niedziałkowskich, której korzenie sięgają Berehu koło Krzemieńca, gdzie stał dom Niedziałkowskich. Utracili go w wyniku represji za udział w powstaniu styczniowym.
KORZENIE
Urodziła się 24 sierpnia 1892 roku w Twerze, choć wiele źródeł podaje, że w Wilnie. - Po wojnie wielu Polaków z Kresów podawało Wilno jako miejsce urodzenia. Babunia w dowodzie też miała wpisane Wilno jako miejsce urodzenia - mówi wnuk pisarki Eugeniusz Dobaczewski. - Bo Wilno było przeznaczone do repatriacji, a ktoś, kto urodził się czy mieszkał w innej części dawnego imperium rosyjskiego, nie wyjechałby z ZSRR - dodała wnuczka Joanna Dobaczewska-Ziemba.
Była córką Heleny (z Czajczyńskich) i Konrada Bolesława Niedziałkowskiego. Jej ojciec w młodości należał do partii rewolucyjnej założonej przez Ludwika Waryńskiego - Wielkiego Proletariatu. W 1908 roku wybrano go wiceprezydentem Wilna, zaś w latach 1919-1920 pełnił funkcję naczelnika okręgu wileńskiego. W latach 1920-1922 przynależał do Tymczasowej Komisji Rządzącej Litwy Środkowej. Brat ojca - Karol Niedziałkowski był biskupem łucko-żytomierskim.Wanda Dobaczewska miała czworo rodzeństwa: siostrę Halinę i braci: Mieczysława, Jerzego i Jana. Mieczysław Niedziałkowski był znanym socjaldemokratą, w okresie międzywojennym - jednym z przywódców Polskiej Partii Socjalistycznej. Był także redaktorem Robotnika. Jej młodsza siostra - Halina Zawadzka wyszła za mąż za profesora i wicepremiera II Rzeczpospolitej - Władysława Zawadzkiego. Od 1937 roku w Warszawie mieszka ich córka - Dorota Cywińska (z domu Zawadzka), która powiedziała, że w rodzinie Niedziałkowskich stosunki były bliskie i serdeczne, a dopóki mieszkali wszyscy w Wilnie, to kontakty były częste. - Chociaż wszyscy się w Wilnie śmiali, że z pięciorga rodzeństwa Niedziałkowskich każdy miał inne przekonania polityczne - wspomina.
Wanda Niedziałkowska-Dobaczewska ukończyła w 1910 roku liceum żeńskie Prozorowej w Wilnie, a następnie rozpoczęła studia humanistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Przerwała je I wojna światowa. Wróciła więc do rodzinnego Wilna i podjęła pracę w rozwijającym się szkolnictwie polskim. Pełniła także obowiązki wiceprezesa wileńskiego Oddziału Związku Literatów Polskich oraz członka Zarządu Rady Wileńskich Zrzeszeń Artystycznych.
Wanda Dobaczewska już w gimnazjum aktywnie działała w Związku Młodzieży Postępowo-Niepodległościowej, a następnie na studiach w Organizacji Młodzieży Niepodległej. Należała także do Polskiej Organizacji Wojskowej oraz Związku Patriotek i Ligi Kobiet, zaś w Związku Strzeleckim kierowała pracą kulturalno-oświatową.
30 kwietnia 1916 roku Wanda Dobaczewska poślubiła lekarza wojskowego (oficera polskiego) ppłk. Eugeniusza Dobaczewskiego, wiceprezesa Klubu Lekarzy Polskich i członka Międzynarodowego Związku Okulistów. Był później senatorem Rzeczpospolitej IV i V kadencji, sekretarzem parlamentarnej Grupy Wileńskiej. - Pamiętam go zawsze w mundurze i z szablą, której oczywiście nie wolno było dotykać - wspomina Dorota Cywińska. Wanda i Eugeniusz Dobaczewscy mieli dwoje dzieci: syna Tadeusza i córkę Hannę.
DEBIUT: RADOŚĆ ŻYCIA I PIĘKNO OKOLIC
Poetycki debiut Dobaczewskiej przypada na pierwsze lata niepodległej Polski. W 1911 r. ukazał się jej debiutancki wiersz w wileńskim piśmie młodych Pobudka. Właściwy debiut jednak przypada na rok 1920, kiedy to Wielkopolska Księgarnia Nakładowa w Poznaniu wydała jej pierwszy tomik poezji Na chwałę słońca, w którym poetka przedstawiła nastroje charakterystyczne dla poezji pierwszych lat niepodległej Polski, nieodłącznie związane z ukochanym Wilnem. Kolejne jej tomiki Wilno (1922) i Nasza dola (1932) również swą treścią nawiązywały do regionu wileńskiego, gdzie radość życia i piękno okolic miasta wplecione zostały w sytuację historyczną i kulturową regionu.
Poezja w życiu Wandy Dobaczewskiej była krótką przygodą. Swoje literackie osiągnięcia zawdzięcza powieściom, które ujawniły jej prawdziwy literacki talent. Zwyczajni ludzie, mieszkańcy jej rodzinnych wileńskich stron stali się bohaterami jej prozy: Kamienicy za Ostrą Bramą, Minjatur i innych nowel czy powieści Zwycięstwo Józefa Żołądzia, za którą w 1935 roku otrzymała nagrodę imienia Filomatów.
- Ciocia była literatką i brała bardzo czynny udział w życiu kulturalnym Wilna, które wtedy było ogromnie żywe. Do dziś mam swój „pamiętnik”, gdzie pomiędzy „wpisami” koleżanek z klasy jest też wierszyk napisany dla mnie specjalnie przez ciocię. W tym samym pamiętniku są podpisy różnych ważnych osób, które ciocia zbierała dla mnie na jakichś przyjęciach - mówi Dorota Cywińska
Pisarka współpracowała także z wieloma pismami: Kurierem Litewskim, Przeglądem Litewskim, Słowem, Światem, Południem, Robotnikiem, kwartalnikiem Środy literackie (1935-1937). Artykuły o tematyce historyczno-kulturowej w latach 1934-1938 drukowała w Pomocy dla Nauczycieli. Jej utwory ukazywały się także w Almanachu Literackim oraz Kurierze Lwowskim i Głosie Młodych. W monografii Wilno i Wileńszczyzna w latach 1863-1911 oraz Wilno. Klisze z fotografii Jana Bułhaka manifestowała miłość i silny związek z „małą ojczyzną”. Wybuch II wojny światowej na kilka lat przerwał pisarską twórczość Wandy Dobaczewskiej.
Wanda i Eugeniusz Dobaczewscy prowadzili w Wilnie bardzo ożywione życie kulturalne. Mieszkanie Dobaczewskich było duże i przestronne. - Pamiętam szczególnie huculskie „lyżniki” - taki rodzaj koców, bardzo kosmatych i kolorowych, wieszało się je na ścianach albo używano jako narzuty na tapczany.

Pamiętam też rodzinne wzruszenia jak niedługo przed wojną ukazała się Cioci książka o Mickiewiczu i Filaretach i Filomatach „Tam, gdzie się serca palą...”. Wydało ją wydawnictwo Wańkowicza i Kistera - „Rój”. Książkę świetnie pamiętam, wydana była tak jak inne książki „Roju” - broszura, jasna, biało-beżowa okładka z ciemnozielonymi brzegami i z takim samym ciemnozielonym tytułem. Główny bohater nazywał się chyba Łuczko i wojował w powieści z Edwardem Odyńcem. Nie była wznawiana po wojnie - wspomina Dorota Cywińska, która w dzieciństwie lubiła zabawy z ciotecznym rodzeństwem - Hanią i Tadeuszem. Byli oni w wieku starszego brata pani Doroty, a więc od niej starsi o jakieś 7-8 lat. - Pamiętam święta wielkanocne u Dobaczewskich, sporo gości, a młodzież i dzieci zajmują się „kaczaniem” pisanek - sturliwało się je ze specjalnych malutkich jakby zjeżdżalni, wygrywali ci, których jajka najdalej się znalazły! To były różne metody, trzeba było naprawdę umieć je stosować! Raz pobiłam się o taką pisankę z Irenką, córką profesora Lorentza, który był wojewódzkim konserwatorem zabytków w Wilnie i przyjaźnił się z Dobaczewskimi.
To wszystko zmieniło się nagle, gdy wybuchła II wojna światowa.
ARESZTOWANIA
Na początku wojny Wanda Dobaczewska była wydawcą Gońca Porannego, który wychodził w Wilnie codziennie, także w niedziele i święta. Opisywał działania wojenne oraz dodawał otuchy Polakom.
19 września 1939 roku Sowieci zajęli Wilno, które w październiku przekazali Litwie. Władze litewskie przystąpiły do segregacji ludności oraz wydawania nowych dowodów tożsamości. Ludność podzielono na trzy grupy: pierwszą stanowili pełnoprawni obywatele państwa litewskiego, którzy urodzili się w tym rejonie lub dłużej w nim zamieszkiwali, w tym także mieszkańcy powiatu wileńskiego. Do drugiej grupy należeli obcokrajowcy o ograniczonych prawach, zaś trzecią stanowili cudzoziemcy. Ponadto policja zarządziła pod groźbą kary rejestrację wszystkich byłych oficerów polskich.
Mąż Wandy Dobaczewskiej - Eugeniusz - był jedną z tych osób w Wilnie, które zgłosiły się do rejestracji, nie chciał się ukrywać. Wanda Dobaczewska, która pochodziła z rodziny osiadłej na terenach wileńskich od wielu pokoleń, nie starała się - choć mogła (jak Czesław Miłosz) - o obywatelstwo litewskie. W kilka dni po zarejestrowaniu się Eugeniusza Dobaczewskiego, rankiem 16 maja 1940 roku żandarmi litewscy weszli do ich mieszkania przy ulicy Zakretowej 7 i aresztowali oboje jako niepożądanych obcokrajowców. - Mieli pół godziny na opuszczenie domu, który miał być zburzony; zdążyli jedynie do paru walizek spakować kilka pamiątek - pamięta z opowieści babuni Helena Dobaczewska-Skonieczka. Prawdopodobnie jej dziadków rozdzielono natychmiast po aresztowaniu. Potwierdza to Dorota Cywińska.
Wanda Dobaczewska tydzień spędziła w więzieniu w Wilnie, następnie odesłano ją do Kowna, skąd ostatecznie na granicy w Kalwarii przekazana została w ręce gestapo. 26 czerwca 1940 roku została wywieziona do Tylży i tam po raz ostatni spotkała swojego męża Eugeniusza. Następnie przewieziono ją do obozu segregacyjnego w Działdowie, na krótko trafiła też do więzienia w Krakowie przy ul. Montelupich,a stamtąd 28 sierpnia 1940 roku przetransportowano ją do obozu koncentracyjnego w Ravensbruck. Eugeniusz Dobaczewski prawdopodobnie trafił do obozu w Działdowie i tam został zamordowany.
- O wielu istotnych sprawach po wojnie nie można było mówić wprost, na przykład, że Rosjanie ich aresztowali, że Rosjanie zabrali. Stąd powstały w życiorysie nieścisłości, których już tak naprawdę nikt nie wyjaśni - dodała Jolanta Dobaczewska, żona Eugeniusza.
Syn Dobaczewskich, Tadeusz, starał się przedostać do wojska na Zachód. Płynął statkiem, który na Bałtyku zatrzymali Niemcy, wszystkich aresztowali i skierowali na roboty. W styczniu 1940 roku trafił więc do Stalagu XA pod Kilonią w Niemczech. Córka Hanna zginęła w ZSSR w czasie wojny. - Hania kursowała jako kurierka pomiędzy Wilnem i Warszawą, przechodziło się wtedy granicę pod Małkinią. Szereg razy się udało. Nie umiem powiedzieć, kiedy ją złapano. Ciocia szukała jej długo jeszcze po wojnie przez PCK, bezskutecznie. Dopiero po roku 1989 trafiłam przypadkowo na wspomnienia pani, która była aresztowana przez NKWD i przetrzymywana w więzieniu w Berezweczu (na terenie dzisiejszej Białorusi). Wymienia ona Hanię jako współtowarzyszkę z celi. Z chwilą wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej, w czerwcu 1941, wszystkich więźniów pognano na wschód, a kolumny idących ostrzelano z karabinów maszynowych. Olbrzymia większość więźniów zginęła wówczas. Ta pani ocalała, ale Hani nigdy już nie spotkała - powiedziała Dorota Cywińska.
KOBIETA Z RAVENSBRÜCK
W obozie nazwiskiem pisarki był czerwony trójkąt z literą P i numerem 5068. Pracowała tam w warsztacie trykotarskim, kuśnierskim, wyplatała buty ze słomy. Więźniarki umierały z głodu, zimna, wycieńczenia i chorób. Mordowano je pojedynczo i masowo. Przeprowadzano zbrodnicze doświadczenia pseudomedyczne na więźniarkach. Wanda Dobaczewska w czasie pobytu w obozie nie była poddawana żadnym eksperymentom. Uderzona jednak metalowym kubkiem w tył głowy doznała na skutek krwawego wylewu uszkodzenia lewego błędnika, przez co miała zakłócenia równowagi. Pod koniec pobytu w obozie była w grupie kobiet, którą Niemcy mieli wywieźć na rozstrzelanie. 25 kwietnia 1945 roku w wyniku pertraktacji prowadzonych przez Międzynarodowy oraz Szwedzki i Duński Czerwony Krzyż Wanda Dobaczewska wraz z 7.500 innymi więźniarkami została wyprowadzona z obozu w Ravensbrück w kierunku Lubeki w celu przekazania, zgodnie z wcześniejszą umową, Szwedzkiemu Czerwonemu Krzyżowi. Zbliżał się front i eskorta niemiecka opuściła więźniarki, które same dotarły do miasta Parchim, gdzie stacjonowali alianci.
- Do dzisiaj pamiętam taką historię, którą w pełni zrozumiałam gdy w tym roku odwiedziłam Oświęcim. Babunia opowiadała, że jak Niemcy porzucili je na drodze, to budziły się rano i odrywały przymarznięte włosy od ziemi, żeby wstać, żeby podnieść głowę. To mi się wydawało takie niesamowite. Dopiero właśnie jak zobaczyłam te warunki, tę historię, dopiero uwierzyłam, że to rzeczywiście była prawda, i Ona musiała to przeżyć. Nie dziwię się więc, że ona nie wracała do tych wspomnień, wolała je wymazać z pamięci. Nie chciała także uczestniczyć w spotkaniach kobiet z Ravensbrück, choć wielokrotnie namawiał ją do tego mój tata - wspomina Helena Dobaczewska-Skonieczka.
POWROTY Z WOJNY
Okupacja nie oszczędziła najbliższej rodziny Wandy Dobaczewskiej. Mąż i córka zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach, brata - Mieczysława Niedziałkowskiego - hitlerowcy zabili w Palmirach pod Warszawą.
53-letnia pisarka po opuszczeniu obozu pół roku spędziła w angielskiej strefie okupacyjnej Niemiec Zachodnich. Do Polski wracała prawdopodobnie przez Szwecję. Ze swoim synem Tadeuszem spotkała się w Warszawie, zamieszkali wraz z rodziną Haliny Zawadzkiej - siostry Wandy.
- Przez cały okres wojny miałyśmy, moja mama i ja, kontakt zarówno z ciocią jak i z Tadeuszem, ale po powstaniu nasz adres stał się nieaktualny. Szczęśliwie parę mieszkań w naszym domu ocalało i ci sąsiedzi wiedzieli, gdzie nas szukać, tak że pisane później listy jakoś nas znalazły. I zaczęły się powroty - wspomina Dorota Cywińska. - Pierwszy wrócił z robót Tadeusz - chyba dotarł do Warszawy w lipcu lub sierpniu 1945. Moja Mama pracowała już wówczas w bibliotece SGH i miałyśmy „przydział mieszkaniowy” - 12-metrowy pokoik we wspólnym mieszkaniu na niskim parterze biblioteki. I chyba już wtedy była z nami ciotka mojej mamy, która przyjechała z Wilna jednym z pierwszych transportów. No i jakoś zmieściliśmy się na siennikach na podłodze, ale trudno powiedzieć, aby było tam przestronnie. Tadeusz dostał też pracę w bibliotece i tak był szczęśliwy, że może znów obcować ze słowem drukowanym, a nie z widłami czy z łopatą, że wciąż siadał na ziemi i zaczytywał się w książkach, które powinien rozstawiać na półkach. Tadeusz zaraz także zgłosił się na Uniwersytet, aby kończyć studia prawnicze - dodała Dorota Cywińska. Przed wojną Tadeusz studiował prawo w Wilnie. Wojna przerwała studia po czwartym roku, egzaminy końcowe złożył więc po wojnie w Warszawie.
Jesienią 1945 roku do Warszawy powróciła Wanda Dobaczewska. - Pamiętam ich spotkanie. To było na terenie ogrodu SGH, pomiędzy biblioteką a małym budyneczkiem, gdzie mieściła się stołówka, z której Tadeusz chyba właśnie wychodził. Zobaczyli się z odległości kilkudziesięciu metrów i biegli do siebie. Widziałam to z daleka, prędko uciekłam, żeby nie przeszkadzać - wspomina siostrzenica pisarki.
Dobaczewska także podjęła pracę w Bibliotece Narodowej. - Ciocia od razu zaczęła pisać wspomnienia z obozu - „Kobiety z Ravensbrück”. Nie było to łatwe w tych warunkach mieszkaniowych, ale ktoś się wyprowadził i dzięki temu dostaliśmy prawo zajęcia także kuchni, a to już było coś - powiedziała Dorota Cywińska, dodając przy tym, że jej ciocia bardzo nie lubiła, gdy ona nosiła bluzkę i sukienkę z materiału w niebieskie kraty, z którego w obozie zrobiona była pościel. - Rzeczywiście, mnóstwo wtedy było takich sukienek - kobiety wracające z obozów przywoziły ze sobą te prześcieradła i sprzedawały, a że wtedy niczego w ogóle nie było - no to z tego materiału się szyło i nosiło się to do zdarcia - dodała.
Siostrzenica pisarki wspomina, że ciocia Wanda w tym czasie łudziła się jeszcze, że jej córka Hania żyje. - Pamiętam jej częste wizyty w PCK i zawsze tę samą informację - że nie ma śladu.
ZA WILNEM DO TORUNIA
W 1946 roku Wanda Dobaczewska przeniosła się do Torunia, który skupiał wówczas elitę intelektualną Wilna i zaczęła pracować w Rozgłośni Polskiego Radia.
- Tadeusz pracował i kończył studia, chyba też w 1946 roku pozdawał wszystkie egzaminy. I wówczas przyjaciele wileńscy ściągnęli ich do Torunia - na nowo utworzony Uniwersytet Mikołaja Kopernika. Dostali mieszkanie (także wspólne - ale dość duże) i Tadeusz pracował jako asystent. No i potem, w 1947 roku, zaręczył się z panną Włodką Korsakówną, córką pisarza i malarza Włodzimierza Korsaka. W roku 1948 był ich ślub na Wielkanoc w Gorzowie. I ja tam byłam, miód i wino piłam. Bardzo było wesoło - wspomina Dorota Cywińska.
W 1946 roku nakładem Czytelnika pisarka wydała książkę Kobiety z Ravensbrück, w której spisała swoje obozowe przeżycia. - Książka była napisana na tyle szybko po wojnie, że była jedną z pierwszych pozycji na ten temat - mówi Jolanta Dobaczewska. - Babuni zarzucano, że za dużo jest w tej książce walki o byt, że ważne jest to, co na obiad - mówi Joanna Dobaczewska-Ziemba.
W pierwszych latach po wojnie łódzka rozgłośnia nadała dwa słuchowiska Dobaczewskiej - Klucze wiosny i adaptację radiową rozdziału Emancypantek Prusa. Nakładem wydawnictwa Książka i Wiedza ukazała się także tłumaczona przez pisarkę powieść Elizara Malcewa Z całego serca.
W 1948 r. Wandzie Dobaczewskiej powierzono funkcję kierownika literackiego toruńskiego teatru lalek Baj Pomorski, dla którego pisała utwory sceniczne (Konik polny, Bitwa na szachownicy, Zatopione wesele). Ten świat bajek i baśni w pewien sposób pomógł pisarce odnaleźć się w powojennej rzeczywistości.
- Nie wiem, czy ją z tego „Baju” zwolnili, czy sama odeszła - mówi wnuk Eugeniusz. - Babunia mówiła, że m.in. jakiś człowiek z ludu westchnął „O Matko Boska” i cenzor zażądał zmiany tekstu. A babunia się z nim ścięła. I to był początek końca - powiedziała Jolanta Dobaczewska.
ZA SYNEM DO ŻNINA: ZAPUSZCZANIE KORZENI W NOWEJ GLEBIE
Do Żnina Wanda Dobaczewska przybyła w 1951 roku. - Tata nie mógł w Toruniu dalej się rozwijać naukowo, bo musiałby być prawomyślny. Porzucił więc pracę naukową i przyszedł do Żnina na notariusza - powiedziała Joanna Dobaczewska-Ziemba. - Miał do wyboru trzy miasta i wybrał Żnin - dodał Eugeniusz Dobaczewski.
- Tym sposobem cała rodzina znalazła się w Żninie. Babunia straciła i męża, i córkę, został jej jedyny syn. Dwójka wnucząt była już wtedy na świecie, najstarszy Gienek i Joanna. Postanowiła, że zamieszka razem z rodziną syna. Na ulicy Szpitalnej tata dostał służbowe duże trzypokojowe mieszkanie w willi sądowej na parterze, z dużą kuchnią - wspomina Helena Dobaczewska-Skonieczka.
Początki pobytu w Żninie nie były jednak łatwe. Jak sama pisarka wspominała, przez pięć lat nie potrafiła się w tym mieście odnaleźć. Nie znała ludzi, a mieszkańcy Żnina stanowili dość nieprzystępną społeczność. - Tutaj panowała zupełnie inna mentalność. W Wilnie babunia obracała się w towarzystwie literatów, malarzy i w ogóle ludzi sztuki, w Warszawie w środowisku uniwersyteckim, pracowała w bibliotece Narodowej. Tutaj trafiła do miasteczka, które było prowincjonalne, a najważniejszą szkołą była szkoła gimnazjalna, potem licealna. Jej towarzystwo składało się z osób, które przybyły tu po wojnie. Bardzo jej było trudno. W „Korzeniach” jest dużo takich fragmentów, które niewątpliwie stanowiły jej własne przemyślenia i doświadczenia. To właśnie miała być książka o tym, jak niełatwo jest zapuścić korzenie w nowej glebie, jeśli tak naprawdę korzenie tkwią zupełnie gdzie indziej. I że odmienność kulturowa Wielkopolski od Kresów była ogromna. Przypuszczam, że niemczyzna w języku potocznym denerwowała ją dodatkowo w związku z obozem - mówiła Jolanta Dobaczewska. - Ale „Korzenie” były tyle razy przerabiane - dodaje - były tak pocięte przez cenzurę, że straciły zamierzony sens - powiedziała Jolanta Dobaczewska. - Albo można było pisać do szuflady, albo trzeba było pewne rzeczy zmienić. Babunia najpierw nie chciała, ale potem zgodziła się i przerobiła książkę - powiedział Eugeniusz Dobaczewski.
Wanda Dobaczewska wiele godzin spędzała na czytaniu regionaliów w żnińskiej bibliotece, poznając w ten sposób historię Żnina i okolic. Wiedza ta pomogła jej w pisaniu powieści, których akcję osadzała w pałuckim krajobrazie. Dzięki temu po ukazaniu się powieści Człowiek, którego nazywano diabłem runął też mur - jak określiła kiedyś sama pisarka - między nią a ludźmi. Wówczas też zaczęła się czuć w Żninie jak u siebie, cieszyła ją przyroda, życzliwi ludzie i spotkania autorskie, które motywowały Dobaczewską do dalszej twórczej pracy oraz czynnego angażowania się w życie kulturalne i społeczne miasta oraz regionu. Brała udział w pracach różnych towarzystw kulturalnych, komitetach obchodów, ale także chętnie uczestniczyła w festynach i kiermaszach księgarskich. Była w Żninie osobą znaną i szanowaną.
Bardzo miło wspomina pisarkę Feliks Malinowski. - Była starszą, sympatyczną, grzeczną i kulturalną osobą, która nikomu nie chciała zrobić krzywdy, nie chciała brylować nad innymi i chętnie rozmawiała. I nawet jeśli ja byłem wtedy początkującym zbieraczem legend, to ona nie krytykowała, tylko zachęcała do dalszej pracy. Bo na ogół jak tu przyjeżdżali znani pisarze to oni swoją wyższość chcieli pokazać, a Wanda Dobaczewska nie.
Gdy willę sądową sprzedano szpitalowi, Dobaczewscy dostali mieszkania na ulicy Kopernika. Było to w roku 1974. - Babunia dostała M3, a Tadeusz M4. Po sąsiedzku w bloku zamieszkaliśmy. Tata zawsze mówił, że do gołębnika idzie. Dlatego potem zamienił to mieszkanie na stare budownictwo. Właściwie całe dzieciństwo i życie w Żninie dla nas to była ulica Szpitalna, z wielkim ogrodem, wielkimi pokojami - powiedziała Helena Dobaczewska-Skonieczka.
Wnukowie pisarki pamiętają, że w ogródku nie wolno było sadzić szałwii. - Bo w obozie były rabaty szałwią obsadzane. Babunia dostawała szału, jak my chcieliśmy jeść twardą marmoladę, bo w obozie babunia jadła marmoladę z buraków. Nam mówiła, że twarda marmolada to jest paskudztwo i nie wolno tego jeść - wspomina Joanna Dobaczewska-Ziemba.
- Babunia żadnej emerytury nie miała. Potem jakieś stypendium twórcze dostawała, chyba ze Związku Literatów Polskich. Jakieś 1000 zł i było to stypendium przyznawane na rok. Ona się zawsze denerwowała, czy na kolejny rok je dostanie. Udzielała też lekcji języka rosyjskiego i niemieckiego. Potem dostała dopiero emeryturę dla zasłużonych - wspomina Eugeniusz Dobaczewski.
Wanda Dobaczewska swoją twórczą pracą i zaangażowaniem w działalność kulturalną zyskała szacunek mieszkańców Pałuk. To właśnie w Żninie powstały jej najlepsze baśnie, powieści i sztuki: Złota studzienka (1959), Człowiek, którego nazywano diabłem (1962), Korzenie (1964), Kim jest Rudzielec (1968), Nikt nie jest winien (1970), Niedzisiejsi (1973) Społeczeństwo nie z tej ziemi (1979).
Dobaczewska czynnie zaangażowała się w organizację 700-lecia nadania praw miejskich Żninowi. Z tej okazji napisała scenariusz widowiska Jagiełło w Żninie, które w 1963 roku, wyreżyserowane przez Czesławę Księską, zostało wystawione na ulicach i rynku miasta, a w pamięci jego mieszkańców utkwiło na długo. W 1968 roku na dwusetną rocznicę urodzin Jędrzeja Śniadeckiego napisała sztukę Jędruś i Jędrzej.
Z mieszkańcami Pałuk Wanda Dobaczewska miała stały kontakt poprzez spotkania autorskie, na których dzieliła się ze słuchaczami swą mądrością życiową i doświadczeniem, zaś młode pokolenie uczyła szacunku i miłości do języka, kultury narodowej i literatury pięknej. Odbywały się one nie tylko w Żninie, ale także w innych miastach Pałuk, w domach kultury, bibliotekach, szkołach, świetlicach wiejskich oraz Klubie Międzynarodowym Prasy i Książki w Bydgoszczy.
Barbara Musiał, nauczycielka języka polskiego w mechaniku pamięta spotkanie z Wandą Dobaczewską w tej szkole. Pisarka mówiła, że po wojnie długo nie chciała rozmawiać o obozie, mimo że na spotkaniach autorskich wszyscy ją o to pytali, szczególnie po wydaniu książki Kobiety z Ravensbruck. - Stwierdziła, że to było dla niej zbyt wielkie przeżycie, żeby ona o tym mogła jeszcze raz mówić. Ale kiedy przedstawiła tematy o pisarstwie, no i oczywiście o wojnie, to wiadomo, młodzież była bardziej zainteresowana wojną. No i tak zaczęła, że długo nie chciała o tym rozmawiać, ale teraz minęło już tyle czasu, że może do tego tematu wrócić. Trochę opowiadała o tym, jak wyglądał dzień w obozie, lecz właściwie skupiła się na wyzwoleniu obozu.
NIKT NIE ŁAZIŁ BUCISKAMI PO DOMU W KOCHANYM WILNIE
Wanda Dobaczewska po II wojnie światowej nigdy nie odwiedziła Wilna, podobnie zresztą jak jej syn Tadeusz. - Za babuni czasów nie było możliwości odwiedzenia Wilna, a kiedy była możliwość wyjazdu, tata nie chciał jechać. Powiedział, że chce Wilno zostawić we wspomnieniach takie, jakie zostawił przed wojną - wspomina Helena Dobaczewska-Skonieczka. Ona po raz pierwszy Wilno odwiedziła w 1997 roku, natomiast w 2004 roku wybrała się do miasta swoich dziadków wraz z mężem i dziećmi. - Domu na ulicy Zakretowej już nie ma, nie ma też domu na Mickiewicza, gdzie mieszkała mama. Miejsc rodzinnych już nie ma - powiedziała.
Eugeniusz Dobaczewski pamięta, że babunia bardzo często wspominała Wilno. - Gdyby była możliwość w tamtych czasach, to by pojechała - powiedziała wnuczka Joanna. - Pieszo by poszła. Wszyscy ludzie, którzy byli z Wilna i jakoś z Wilnem związani, gdy się spotykali, inaczej nie mówili jak nasze kochane Wilno. Równocześnie większość miała świadomość, że tam nigdy nie wróci, że tam się nie pojedzie, że stracone na zawsze - powiedział Eugeniusz.
Jolanta Dobaczewska kiedyś zapytała babunię o mieszkanie na Zakretowej w Wilnie, gdzie mieszkała przed wojną. Usłyszała, że ten dom się „szczęśliwie spalił” i że nikt tam nie mieszka. - Babunia chyba cieszyła się, że nikt po tym domu nie łazi i tej duszy domowej buciskami nie rozgarnia.
ZA WIATRAK, NAD JEZIORO, NA CZARNE GÓRY
- Uwielbiałam rodzinne słuchanie książek czytanych przez babunię. Szczególnie w zimowe wieczory, kiedy siadaliśmy przy piecu i słuchaliśmy „Potopu”, „Krzyżaków” i inne - wspomina Helena Dobaczewska-Skonieczka.
- Wychodziła z nami na spacery, z reguły daleko. Za wiatrak, nad jezioro, na „czarne góry” (Bożejewiczki, obecnie Ubojnia Kwiecińscy - przyp. red.). Tam był wielki głaz, na którym my się bawiliśmy, a babunia siadała na mniejszym głazie i czytała. Na Wilczkowskie Góry też chodziliśmy. Kąpać się z nami chodziła nad jezioro. Nie wiem czy by nas uratowała, ale chodziła - wspomina Eugeniusz Dobaczewski.
- Zabierała całą hałastrę, wózek z najmłodszym też. Od kiedy pamiętam, to chodziłyśmy zawsze z babunią na spacer. Do kina z nami chodziła. Dwa razy w tygodniu zmieniali repertuar. My chodziliśmy z Gienkiem do kina i sprawdzaliśmy, jaki jest film. I jak nam się film podobał, to meldowaliśmy babuni i szliśmy potem drugi raz z babunią - wspomina Joanna Dobaczewska-Ziemba.
- Kiedy zaczęłam bywać u swoich przyszłych teściów, to z babunią siłą rzeczy też miałam kontakt i to były bardzo przyjemne kontakty. Wspominam je jak najlepiej. Siedziałyśmy i paliłyśmy papieroski. Babunia przerwała swoją pracę. Zawsze paliła sześć papierosów dziennie. Ale na okoliczność mojej wizyty stwierdzała, że może zapalić jeden więcej. Byłam maturzystką, gdy ją poznałam, a ona była kobietą, która całe życie bogato spędziła i rozmawiało nam się dobrze - wspomina Jolanta Dobaczewska.
ŻNIŃSKIE OWOCE
Wanda Dobaczewska zmarła 23 listopada 1980 roku w wieku 88 lat. Chłodnego, listopadowego dnia na żnińskim cmentarzu poetkę żegnały tłumy. I choć od dnia jej śmierci minęło już 30 lat, pamięć o niej wciąż jest żywa wśród mieszkańców Pałuk. Powołane w 2007 roku w Żninie Stowarzyszenie Uniwersytet III Wieku otrzymało imię Wandy Dobaczewskiej. W 1988 roku imię Wandy Dobaczewskiej nadano także Szkole Podstawowej w Gąsawie.
Szczególnym uznaniem po dzień dzisiejszy cieszy się Złota studzienka, będąca zbiorem baśni ludowych, z których każda czegoś uczy i przed czymś przestrzega. W wielu szkołach w Polsce (na przykład w Dydni, powiat brzozowski) wystawiane są także sztuki na podstawie tej właśnie książki.
Irena Starczewska, prezes Stowarzyszenia III Wieku im. Wandy Dobaczewskiej, powiedziała Pałukom, że w dzieciństwie czytała bajki Wandy Dobaczewskiej, gdyż książka ta była pierwszą, jaką w domu dostała. Pamięta także, że w dzieciństwie spotykała panią Wandę i na pewno z nią rozmawiała. Po latach uczestniczyła też w spotkaniach autorskich z pisarką. - Ja jestem taką lokalną patriotką, a pani Wanda Dobaczewska jest postacią w Żninie, którą należy znać, należy polecać i promować. I my jako stowarzyszenie to robimy. Niewątpliwie była wyjątkową osobą, bardzo ciepłą, bardzo sympatyczną i bardzo mądrą. I naprawdę z bardzo ogromnymi przeżyciami. My jako Stowarzyszenie III Wieku z pełną odpowiedzialnością, z pełną dumą nosimy imię Wandy Dobaczewskiej - powiedziała Irena Starczewska.
W 30. rocznicę śmierci pisarki, która dała społeczeństwu to, co było dla niej najbardziej wartościowe: miłość do ojczystego języka, kultury narodowej i literatury pięknej, Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Żninie zorganizowała Wieczór wspomnień o Wandzie Dobaczewskiej. - Mówi się, że „tak długo żyje człowiek, jak długo trwa pamięć o nim”. My pamiętamy o Wandzie Dobaczewskiej. Chcąc aby ta pamięć była powszechna, MiPBP w Żninie organizuje 23 listopada wieczornicę poświęconą życiu i twórczości tej autorki, na którą zapraszamy mieszkańców Żnina - powiedziała dyrektor biblioteki.

Źródło: http://palukitv.pl/teksty/ludzie-paluk-i-zm/11404-zninskie-owoce-wilenskich-korzeni.html

Do góry